Dziewiąty Legion – recenzja

medium_4468096656

 Dziewiąty Legion to historia opowiadająca o synu przywódcy legendarnej rzymskiej jednostki wojskowej, która przepadła bez śladu pośród brytyjskich wiosek. Pomysł na film jest epicki – rzymskie uzbrojenie, kultura, kodeks do tego dzikie ubarwienia wojenne Brytów, ich dziwne bronie, rytuały, wierzenia i sposób walki. Można było to okrasić szczyptą folkowej muzyki, dodać kilka spektakularnych scen bitewnych i stworzyć hit. Ale nie.

 Na film skusiłem się, zważywszy na autora zdjęć. Wcześniej oglądałem Antychrysta i ujęcia z tamtej produkcji powaliły mnie na ziemię. W Dziewiątym Legionie Anthony Dod Mantle, już tak nie błyszczał. Owszem, nie brakło ciekawych spojrzeń okiem kamery, ale obraz nie wybijał się tak jak u von Triera. Pewnie także przez specyfikę filmu – tutaj kluczowa miała być akcja, Antychryst był obrazem bardziej artystycznym.

 Z tą akcją też się twórcom nie do końca udało. Główny bohater jest wystylizowany do granic możliwości. Nie myli się, morduje z dziwnym pietyzmem na twarzy, jeżeli trzeba z jeszcze większą pasją rzuca się naprzeciw niebezpieczeństwu, w pewnej scenie samojeden rusza na całą wioskę odurzonych jakimś świństwem Brytów. Ci też są ciekawi: wygoleni dokładnie na łyso jakby golarkę Philipsa wygrali u Pawła Opydo, umalowani równiutko i tytułujący się ludem Fok. W bitwie z regularnymi oddziałami padają jeden po drugim, ale nie można odmówić im fantazji i sprytu.

 Sceny bitew są średnie. Ograniczają się do totalnego planu, w którym jedni nacierają na drugich, później kilka węższych ujęć i skupienie na poszczególnych pojedynkach. Jest też to, co tak lubię, czyli śledzenie wodza jednej z armii, jak na drugim końcu pola bitwy dostrzega drugiego przywódce, którego chce zabić i rusza na niego. Po drodze patrzy tylko na swój cel, co wcale nie przeszkadza mu widowisko zabić dziesięciu przeciwników. W przypadku akurat tej bitwy była to jakaś trzecia częścią oddziału przeciwnika. W końcu przywódcy się ścierają. Tutaj nie kończy się na akcji sparuj-zaatakuj-zabij. Jeden „szef” ginie i nagle jakoś tak kończy się też bitwa.

 Historia toczy się wartko. Młody dowódca wyrusza ze swoim niewolnikiem w wyprawę za mur Hadriana. Czeka na nich mnóstwo niebezpieczeństw i niewygód. Wszystko rozbija się o honor i godność – czy niewolnik, który się zarzekał, że będzie wierny, zdradzi? Czy jego Rzymski właściciel zobaczy, że ma obok siebie człowieka, a nie rzecz, którą można wykorzystać?

 Jeżeliby Rzymskie Imperium podmienić na Stany Zjednoczone Ameryki, z głównego bohatera zrobić oficera amerykańskiej armii to mielibyśmy typowy hollywoodzki film – jankeski żołnierz wyrusza na zatraceńczą misją na tyły wroga, w międzyczasie rozważa jakieś kwestie moralne, do tego niszczy, pali, morduje. Zostanie bohaterem czy nie? Jak myślicie?

 Jak dla mnie 6/10. Za dobry klimat, dobre zdjęcia i muzykę. Minusy za spaprane sceny batalistyczne i pojedyncze błędy typu: podcina gardło i pokazuje czysty miecz. Film mógłby być mniej schematyczny.

T.

(zdjęcie: Márcio Cabral de Moura)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s