Malowany człowiek

DSC_0539

Wyobraź sobie, że istnieje świat bardziej niebezpieczny po zmroku niż poznańskie Jeżyce i Wilda razem wzięte. I nie jest to Luboń. Świat, w którym zdziesiątkowana ludność boi się nadejścia zmroku i z utęsknieniem wyczekuje brzasku. Takie właśnie uniwersum w swojej debiutanckiej powieści wykreował Peter V. Brett.

 „Malowany człowiek”, czyli pierwsza część „Cyklu Demonicznego” wpadł mi niedawno w ręce za sprawą Marcina Mortki, jednego z moich ulubionych polskich pisarzy fantasy, który tłumaczył tę książkę na polski. Jak twierdzi, robił to z zapartym tchem. Jeśli twórcę „Trylogii Nordyckiej” wparło w fotel, to nie mogłam jej przepuścić.

 W świecie „Malowanego człowieka” po zmroku pojawiają się demony – wiatru, skał, ognia, wody. Jedyną ochroną przed nimi są runiczne kręgi. Magiczne znaki uczą się kreślić już najmłodsze dzieci. Każdy z mieszkańców, któremu życie miłe przed zmierzchem musi trafić do tej bezpiecznej enklawy. Ale biada ci, człowieku, jeśli któryś z runów ochronnych zostanie zniszczony, zatarty lub zdmuchnięty przez wiatr.  Legenda głosi, że demony pożerają nie tylko ciało, ale i duszę.

 W takiej niełatwej rzeczywistości przypada dorastać trójce bohaterów – Arlenowi, Leeshy i Rojerowi. Z pozoru te trzy postaci nie mają z sobą nic wspólnego, ale w walce z demonami nic nie jest przesądzone.  Pierwszy chłopiec, pochodzący z Potoku Tibbeta, marzy o zostaniu nieustraszonym Posłańcem – jedynym łącznikiem między odległymi o więcej niż dzień drogi miastami, który stawia czoło śmiercionośnym demonom. Leesha z Zakątka Drwali w mgnieniu oka dorasta i musi stawić czoła wszystkim przeciwnościom. Najmłodszy Rojer traci rodzinę i musi terminować na minstrela, czyli błazna i muzyka w jednej osobie.

 Czytelnik obserwując dojrzewanie tej trójki ani na chwilę nie odczuwając nudy. Akcja jest wartka, płynna, bez białych plam, co osobiście bardzo cenię w literaturze. Nie rozstawałam się z książką i pochłonęłam ją w sumie w ciągu półtorej dnia. Osnute tajemnicą i mgłą, zwiastującą demony, lasy i małe wioski skazane na wymarcie, nie chcą wypuścić czytającego z objęć. Bohaterowie silni i rezolutni ponad swój wiek nieodmiennie budzą sympatię. Rzeczywiście śledzi się ich losy z zapartym tchem.

Jednej rzeczy się uczepię. Ja rozumiem, że zapowiada się pięciotomowa saga. Rozumiem trzymanie w napięciu czytelnika. Chwała za to autorowi. Ale powiedzieć, że zakończenie jest otwarte, byłoby grubym niedopowiedzeniem. Poczułam się jakby ktoś nie pozwolił dokończyć mi ciastka, tylko zabrał je sprzed nosa zostawiając z wilczym apetytem.

 Wielki ukłon w stronę Marcina Mortki. Jak widać nie tylko świetnie pisze, ale i tłumaczy. Tutaj mamy kwiecisty i obrazowy język oddający mroczny klimat książki. Aż chce się czytać.

„Malowanego człowieka” polecam wszystkim miłośnikom literatury fantasy, ale nie tylko. Ta powieść wciągnie też laika. Już nie mogę się doczekać, aż dorwę się do kolejnego tomu.

 K.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s